Grudzień 26

Łosiemnastkowo

No to mamy święta. Chciałbym jednak zacząć ten wpis mniej-więcej chronologicznie.
* Po napisaniu połowy postu stwierdziłem jednak, że zamiast pisać o świętach i imprezie, podzielę to na osobne posty.

Pisałem ostatnio o 18-nastce. Hah… Trasa w tamtą stronę – jako-tako. Byłem na PKP odebrać kumpla jeszcze przed czasem. Wyszedłem z auta, zaczepił mnie jakiś kolo:
– przepraszam… Jak daleko do … {nazwa wsi}
– na oko z 10 – 15 kilometrów…
– a nie podrzuciłby mnie pan? zapłaciłbym…
– niestety… jestem…
Tu pojawił się EmDżej. Przywitałem się z nim.
-… umówiony i trochę się śpieszymy, {nazwa wsi} jest mi niestety nie po drodze.
Wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy. Jak wspomniałem – trasa tam – jako-tako. Dojechaliśmy nieco późno i musieliśmy odłożyć wizytę w mieście. Najpierw pojechaliśmy ogarnąć pokój. Zanim do tego doszło – przywitanie się z ziomalką i wręczenie prezentu. Jeszcze w drodze EmDżej mówi, że ma dla niej prezent – cieszy michę jak pojebany – to będzie posrane – wyciągnął ogromnego gwoździa… Okej… Raczej nikt by się nie spodziewał takiego prezentu. Boję się trochę wymieniać rzeczy ponieważ, kilka osób wie co tam było i mogłoby skończyć się znalezieniem przez nich właściciela tych wszystkich wypocin. No ale cóż – kostki grzybowe do zupy, ymmm opakowanie toffieffie – znowu nie wiem jak napisać – oczywiście puste, zręcznie wyciągnięte czekoladki, lizak, koperta z forsą i kartka 😀 Nie mogło się obyć bez głupich tekstów i na nieszczęście mama ziomalki to później przeczytała…
– który to dziwka, a który to gej?
Dojechawszy na miejsce dostaliśmy informację, że pokój przygotują nam w ciągu godziny. Pojechaliśmy więc do solenizantki i tam posiedzieliśmy jakiś czas. Obiadek, zapoznanie się z rodziną – yoyo, wszystko pięknie. ‚Tata’ zaczął już schodzić na tematy, które raczej są nie bardzo na takim poznawczym obiadku. Ale było śmiesznie.

Po raz kolejny ruszyliśmy na pokój. Był gotowy, zapłaciliśmy i wsadziliśmy tam nasze śmieci. Chwilę później ziomalka i kierowca byli pod chatą. Wyszliśmy i ruszyliśmy na bibę. Początkowo załatwianie i sranie. Usiedliśmy. Siedzieliśmy chwilę zanim doszła reszta. Było tak, że solenizantka – norma, znała wszystkich. Natomiast ja i EmDżej tylko ją. Byliśmy tam jedynymi chłopakami. Oczywiście prezenty blah blah, patrzyliśmy co dostaje – no większość normalnych, tylko my byliśmy tak kreatywni? Jebać. Kręgle… Serio? Nigdy w nie nie grałem i jakoś nie chciałem tego zmieniać. Nie bardzo widziałem się w tej roli. Odmówiłem gry, ale mnie zmusili. No więc od niechęci, ale rzucałem, pod koniec już nawet nie było tak źle, ale nie wiem czy mi się ta gra podoba. Z drugiej strony jak na tego typu imprezę to pomysł całkiem fajny.
Zaczęło się picie… Pizza na wstępie nieco mnie uratowała. Piłem w większości bez zapity. Pod koniec dziewczyny nie chciały pić, to waliliśmy sami z EmDżejem. Solenizantka, starała się nas nie zostawiać i dawała z nami co drugi/trzeci. Końcówka zaczęła mi się zmywać, dopadł mnie sen. Dziewczyny się zmyły, wódka pojawiała się sama w kieliszku. Odrzuciłem propozycję podniesienia kolejnego. Czas się zmywać! Pojechaliśmy do domu. Na życzenie otworzono mi okno – było zablokowane z przodu – jechałem jak zbity pies, poprosiłem o łagodną jazdę w celu uniknięcia bełta. Wcześniej też ustaliliśmy, że kierowca ma nas wyjebać 500m przed chatą. Przed taką wyjebaną drogą – lepiej dla niego i dla nas. Szkoda auta. No więc czas wyjść. Wynalazłem w kieszeni 15 zyla i dałem śmieciowi. On chyba też z 2 dychy. Więc poszło dla kierowcy, a my poszliśmy w trasę. Wiało jak jasny skurwesyn i pizgało mrozem. Dodatkowo nieco grubsza mrzawa nakurwiała w ryj. Szliśmy, każda kałuża była nasza. Szliśmy z EmDżejem pod rękę jak dwa pedały, sam pewnie bym nie doszedł. No i po jakimś czasie doszliśmy do domu. Jak tam było wyjebiście ciepło… Niby to nie dobrze, ale jakoś nie narzekałem. Śmieć ciągle latał jak ze sraką. Dał mi nagle telefon. Jakaś laska coś pierdoli. Nie wiem o co kaman. Starałam się wybadać z kim rozmawiam… Moja ex… Boże co za debil… Przyleciał i chciał bym oddał mu telefon, odrzuciłem prośbę. Jak tak gadałem i pół-rzygałem z dupy wziął mój telefon i zrobił nam sweet focie – o tym dowiedziałem się 2 dni później przeglądając galerię.

Zjadłem kupioną dzień wcześniej bagietkę czosnkową. Nie należała do najlepszych. Kupiliśmy też jeszcze rano dania, do których dolewa się wody. Miałem grzybową, a on spaghetti. Pyszne, pomimo, że nie zjadłem do końca. Pisząc to leci mi ślina 😀 Poszliśmy spać, jebłem się na wyro nie biorąc kołdry. W nocy mnie przymroziło to się jakoś tam przemieściłem i wyciągnąłem kołdrę z pod siebie. Lekker warm.

Pobudka, EmDżej od rana znów nakurwia jak ze sraką budząc mnie co chwilę. Pisze tam z rumunami, nie wiem o co chodziło. Moje spodnie ukurwione od góry do dołu w błocie. Buty, moje jak i jego stały na kaloryferze – dobry ziomek. Lekki ból głowy – po raz kolejny pizgawiczny, mroźny i przechujany spacer po piciu uratował mnie od kaca.

Posiedziałem, ogarnąłem dupkę. Kąpiel. Woda ciepła. Ręczniki świeże i pachnące. Jeden z nielicznych hoteli, w których było tak dobrze. Wykąpany, on również. Przebrani. Nikt nie goni nas, ani nawet wcześniej nie poinformował jak wygląda doba hotelowa. Poza tym nawet sam się upomniałem, by zapłacić. Spakowaliśmy dupy i pojechaliśmy do solenizantki. Gadka szmatka, oglądanie fotek. Tym razem udało się zjeść obiad u niej w pokoju bez pytań z d.

Siedzieliśmy. I z ziomalką myśleliśmy nad tym czy jeden z ‚innych’ sklepów będzie otwarty… Niedziela. Niby handlowa, ale raczej wątpiliśmy w to, że sex-shop będzie otwarty 😀 Hmmm i o chu tu chodzi? No przy jednej z pojebanych rozmów ona stwierdziła, że kupi mi zabawkę, szybko zaklepałem i kazałem jej obiecać. No i obiecała. Myślała, że dla żartu – ni chuja. W mieście, w którym jest praktycznie codziennie, ma wejść ze mną do sklepu i kupić mi wybraną zabawkę. Oczywiście nie obejdzie się bez siary. Pojechaliśmy i niestety wszystko pozamykane. Lipa. Wizyta w McD i wracamy. Wracając ziomala wpadła na zajebisty pomysł! Bilard! No zamiast skręcać, pojedziemy siedem km prosto. Zapierdalamy, auto piszczy – mało oleju, walić. Wchodzimy do ‚baru’?:
– dobry wieczór, można zagrać w bilarda?
– niestety nie, pokradli wszystkie bile…

Okej – wracamy. W połowie drogi:
– jakbyśmy pojechali dwa km dalej to byłby inny ‚bar’ z bilardem…
– dzięki za szybki news panno nawigacjo…

Wróciliśmy do domu, gadka szmatka, nakurwianie łososia i breakdance i papa. Wyjechaliśmy… Gps tym razem poprowadził nas w chuj i w pizdę. Ja pierdole. Nie dość, że długo to po jakiś zjebanych drogach. Odwiozłem EmDżeja do domu i wróciłem  do siebie. W domu byłem koło 1 – 2.
Ogólnie wypad ok. Nieco drogi, ale no czasem można zaszaleć.

PS. Podczas kończenia pisania tego postu coś posmyrało mnie po ręce. Spokojnie podniosłem ją, a tam ukazał mi się pajęczakooor 😀 Jebak leśny chciał mnie zawinąć w kokon i gwałcić do końca nocy, nie dziś!

Grudzień 19

Dziki wieprz – powrót

No to dojechałem. Wyjeżdżałem jakoś 23:30, dojechałem około 5-tej. Droga nie była tragiczna, a powiedziałbym całkiem sympatyczna. Dużego ruchu nie było, choć czasem robiło się gęsto. Trasa mokra, przed polską zaczęło padać. Nie jakoś mocno, co pozwoliło na miłą kontynuację podróży. Pomimo, że byłem po 8h pracy i niezbyt dobrej nocy, po powrocie nie wymagałem długiego snu. Dopiero na następny dzień zajęło mi to 16h.
Miałem w niemczech przetestować Vmax, ale przy 220 km/h stwierdziłem, że w tych warunkach sobie jednak odpuszczę. Było ciemno i z zakrętami. Na moje zdziwienie w stronę polski nie było żadnej zwężki! Wszystkie drogi pokończone. Bardzo miła niespodzianka.
I tak jeszcze chciałbym pozdrowić pana w VW Pasacie (EWI XXXX), który świrował pawiana przed polską i w niej. Nie wiem o co chodziło, ale domyślam się, że woda, która leciała mi z pod kół tworząc mgłę trochę go denerwowała 😀

Wczoraj będąc w domu włączyłem wifi. Na telefonie zrobiło się gorąco. Nie jestem nawet ładny, ale wszystkie nieużywane programy zaczęły buczeć. Całkiem sympatyczne laseczki z okolicy trochę zespamowały mi fona. Narzekać nie mogę 😀 Dziś z nimi troszkę pokonwersowałem. A nawet z dwiema się umówiłem :)
I tak jak te mi umiliły czas tak po raz kolejny moja ex znalazła sposób na wyprowadzenie mnie z równowagi.

Tata poprosił mnie bym naprawił mu lampę. Niby coś źle podłączone, niby coś nie tak, a po rozłożeniu jej na części pierwsze i sprawdzanie po kawałku układu, okazało się, że blaszka od przewodu fazowego nie dosięgała ‚dupki’ żarówki. Jak mi tego brakowało. Jebania się prądem, kabelków i innych gówien.

Za kilka godzin muszę wstać. Czeka mnie 2 godzinna trasa i urodzinki. Nie wiem co mógłbym jej sprezentować. Jako, że się odchudza, na pewno nie pogardzi jakąś pustą paczką toffiefiee czy jak to sie tam wabi 😀

Miałem tyle do napisania i wszystko mi wyleciało z łba, ehh 😀 Na razie jest pozytywnie.