Grudzień 14

Wieś nie śpi

Chciałbym serdecznie pozdrowić środkowym palcem pierdolonych ‚panów’, którzy jak zwykle dali popis polskości, kreatywności i inteligencji, gdzie z ośrodka podjebali gaśnicę (mam nadzieję, że będą na kamerach) i rozjebali przystanek PKS. Koło innego wyjebali rowery na płot – chyba jako ozdoba świąteczna… Tępe chuje. Nie wiem, czy ojciec ich zapychał w młodości i odwiedzał po nocach razem z wujkiem i stadem czarnuchów, ale życzę im kolejnej takiej przygody. Wielkich kutachów w dupy i zawiśnięcia na drzewach, a od tak, dla zabawy.., :))

Wczoraj wstałem w chuj rano, bo aż przed 6, czyli po jakiś 5-ciu godzinach snu. Niby nic, ale jak ma się wolny dzień to ekhmmm… Pizgało jak islamskie cumshoty na kozie mordy. Dzień przywitał mnie temperaturą pokojową, aż 15-nastu stopni. Wychodząc z pokoju ogarnąłem, że chuj już całkowity z jebanym bojlerem… Skontaktowałem się z właścicielem i szukaliśmy rozwiązania. Jako, że miałem umówione spotkania, zleciłem mu zajęcie się tym. Najpierw próbował własnych sił, później umówił się z firmą. Byłem spóźniony (nie opóźniony, bo nic w tym nowego, tylko tak zajebiście – czasowo). No dobra… Czas na kąpiel. Woda nie miała temperatury pokojowej, a zewnętrzną, czyli kurwa mroziła krew w żyłach – dosłownie i w przenośni. Także – namoczenie, szorowanie i spłukiwanie. Rzadko tak szybko potrafię to zrobić. Nie zdążyłem nawet nic zjeść. Ruszyłem. Na pierwszy ogień poszedł szefo. Czas jaki mi wyznaczył był bliski, także trzeba przydusić – auto miłe, żwawo reaguje na polecenia, tak jak i również żwawo tworzy wir w baku – komputer pokazuje 30l/100km, no cóż… Jestem w jego mieście, ale nie pamiętam gdzie mieszka,  szybka wiadomość o nazwę ulicy. Nie było źle, pomyliłem się o 3 ulice (krótkie) – zdążyłem na czas – sukces! Szefo pojawił się na horyzoncie.
Uwielbiam jego propozycje – przyjechałem autem – piwko? Heh. Usiedliśmy i pogadaliśmy, odebrałem zamówioną rzecz. Dłuższa rozmowa o wszystkim i niczym. Ktoś wchodzi do domu. Jego cudna córa… Pomimo, że widziała mnie z 6 razy, za każdym razem przychodzi się przywitać i zapoznać. Zawsze nazywam ją swoją żoną. Szefo stwierdził, że za 2 dychy mogę ją bzyknąć. Wydaje mi się jednak, że jakbym dobrze zagadał to zszedł by niżej.
Kolejne minuty lecą na pogawędce, jednak czas się zbierać. Oczywiście nie był bym sobą gdym czegoś nie jebnął. Więc ogólne do widzenia i specjalne – do widzenia moja piękna żono. Zostałem zmierzony, ale raczej nie będzie mi miała za złe – jeżeli nawet to kij z nimi, mówię co myślę 😀 Żona szefa zapytała tylko, czy jej się nie należy nazwanie piękną… Niestety nie.

Lecę dalej – pół godziny spóźnienia… MILF zaprosiła mnie na obiad. Sexi mama mnie kręci. Tu także pomyliłem ulicę, ale wiedziałem gdzie zrobiłem błąd.
Wiadomość – jestem na miejscu, gdzieś obok Twojego auta….
– mieszkanie nr 16…
Ruszyłem, drzwi były uchylone. Wszedłem delikatnie pukając. Milf stała w kuchni. Tworzyła obiad. Zdziwił mnie jednak fakt, że w pokoju, za zamkniętymi drzwiami, ktoś odkurzał – domyśliłem się, że to córeczka… Milf pokazywała mi jej focie już wcześniej. Cudaczkowa dziewczyna… Niestety?- zajęta. Już wcześniej mamuśka chciała mnie z nią wysłać gdzieś na pizze, pomimo, że nie bardzo lubi, gdy jej córeczka wpierdala taki shit. Chwilka rozmowy i oto i ona… Cud natury. Nieco grubsza – nie, nie tłusta krowa!, ale bardzo ładna. Sympatyczna twarz, gładka skóra. Policzki zarumienione, to chyba po mamie. czy wszyscy znajomi muszą mieć tu takie fajne córeczki i to kręcące się wokoło mojego wieku? Szybkie przywitanko i dalsza rozmowa. Obiad gotowy, wjebaliśmy pyszny obiadek. Gdyby mi się chciało gotować to może bym doszedł do wprawy i potrafił to zrobić tak jak ona. Typowy obiadek u mamusi. Po obiedzie usiedliśmy przed TV. Jakoś godzinę później zjawił się jej facet… Z ryja jakiś turasowy, do najpiękniejszych nie należał, ale co ja będę się wypowiadał. Jednak spokojny i uprzejmy. Córka się przebrała, pożegnała i wybyli…
Razem z Milfem oglądaliśmy film. Później w trakcie zaczęła pokazywać mi focie na telefonie, różne, różniaste. Objąłem ją ręką. Ona początkowo siedziała i w miarę postępu czasu, coraz bardziej się kładła. Leżała oparta o moje ramię i częściowo pierś. Łokieć oparłem na oparciu kanapy, a ręką jeździłem jej po nodze… I kolejny ‚niezauważalny krok’, Co chwilę delikatnie się ruszała – ja mając rękę ciągle w tej samej pozycji, zacząłem już jeździć jej po wnętrzu ud. Nice try mom! Fotki się skończyły, zaproponowała coś do picia. Wróciła usiadła nieco inaczej, oczywiście znowu ją objąłem. ‚Oglądaliśmy’ film. Jakoś tak wyszło, że się do niej przytuliłem. Tak przytulony głaskałem ją po plecach. Ona mnie również. Zrobiło się ciepło – w końcu nazwałem ją Milf – buziak! Dała 😀 A gdy ostatnio chciałem to stwierdziła, że nie może. No i takie tulaski i kolejne próby całowania. Poszło dobrze! Ale lekko się odsunęła mówiąc – co my robimy? Jestem dla Ciebie za stara. Mogła bym być Twoją mamą… Odpowiedziałem chyba dość logicznie – mogłabyś, ale nią nie jesteś. Pojawił się uśmiech na jej twarzy. Także pocałowałem ją znów, po chwili znowu unik.
– to co robimy jest złe – to powtórzyła tej nocy chyba 30 razy.
Całowałem ją po szyi. Czułem jak cała ‚chodzi’. Ale po chwili przyciskała głowę do ramienia uniemożliwiając mi dalsze zabawy. Siedzieliśmy, tuliliśmy się i całowaliśmy na przemian, dotykałem jej tyłeczka i piersi. Po jakimś czasie położyła się na plecach. Niby ‚zwyczajnie’, ale nie aż tak bardzo – faceci wiedzą o co chodzi. Popatrzyłam na nią przez chwilę. Rozszerzyłem jej nogi i położyłem się na niej. Zacząłem całować i jednocześnie ocierać się o nią. Jej ciało ‚powiedziało’ mi, że to jej się podoba. BUM. Ktoś wszedł do domu… Piękna córeczka, musieliśmy zakończyć nasze zabawy. Było już jakoś 30 minut po północy. Także jeszcze kilka cichych całusów póki Dziuńka była w swoim pokoju. Pożegnałem się, podziękowałem i nie do końca spełniony pojechałem do domu.

W domu byłem jakoś po pierwszej, zastałem temperaturę pokojową 11-nastu stopni – żyć nie umierać. Nie myśląc długo rozebrałem się i wjebałem prosto do wyra. Ustawiłem budzik, standardowo – za 15 i za 10 piąta. Zasnąłem dosyć szybko.
Rano miałem straszny nieogar. Lodowata woda w kranie dosyć szybko mnie obudziła. 10 stopni w pokoju. Nie chciało mi się nic szykować, więc na głodniaka pojechałem po kolegów, których mam po drodze i, z którymi pracuje. Początkowo wszystko było ok, ale około godziny 9-tej złapał mnie muł morderca. Zasypiałem na siedząco. Kumple mieli problem ze snem to stwierdzili, że jebać to i przez całą noc nakurwiali w FIFA’e. Trzej jebani muszkieterowie wyglądający jak po imprezie. Na szczęście bez kaca.

Umhhh. Coraz bliżej świąt, a ja dalej nie mam miejscówki dla moto i dalej się nie zarejestrowałem. Tak czy siak, wiem, że dam radę. Nie lubię składać życzeń, ani innych gówien tego typu, więc jeżeli już to czytasz to Wesołych Świąt – tak na przyszłość i specjalny obrazek dal wszystkich Panów.

piękna chójka

piękna chójka

Grudzień 9

Czuję wolność

Wypasik. Coraz bliżej weekendu. Jeszcze tylko jedna nocunia i będę nakurwiał salta.

Niby mógłbym się zrelaksować, nareszcie… Niestety muszę wreszcie ruszyć pizdeczkę i coś zrobić. Jestem leniwy jak gówno w zoo… Tak więc pierwsze co zrobię to powieszenie prania. Według mnie mam pralkę i suszarkę w jednym, tylko suszenie zajmuje kilka – kilkanaście dni 😀 Dlatego też wyciągnę te pranie – już tam chyba 4 dzień zimuje – i powieszę. Dalej czeka mnie sprzątanie. I to dosyć dokładnie. Właściciel chaty ma mi złożyć wizytę. Kolejna sprawa to mycie naczyń… Wczoraj nie miałem na czym pizzy zjeść i użyłem deski do krojenia. A więc teraz już nie mam kompletnie nic, chyba że sobie będę robił żarełko w szklankach – zostały 4 czyste.

Nie mam pojęcia co zrobić z moto przed wyjazdem… Na pewno mi Haniulke podpierdolą. W zeszłym roku zimowała na firmie, w tym niestety nie wiem czy się to uda. Poza tym trzeba nią tam dojechać – w taką pizgawicę to ja dziękuje. W najgorszym – dla mnie najlepszym wypadku, wpierdolę ją do domku i niech sobie stoi. Tylko nie wiem, czy właściciel się na to zgodzi.

Weeee! Siostra wreszcie zacznie spłacać mi pożyczkę. Dałem im dosyć dogodne warunki, a i tak ruchała mnie w dupę z jej menaskiem. Trochę wkurwiające, ale co zrobić… A teraz zmobilizowali się i przypływ gotówki pozwoli na spłatę mnie. :)

Dzisiejsza praca minęła sprawnie, całą noc stałem i operowałem tym śmietnikiem bo za cholerę nie mogłem tego ustawić. Gorsza sprawa to fakt, że jebła mi szybka w kom… Miałem SG S3, spadł mi wielokrotnie, czasem jak nie miałem do niego nerwów, potrafiłem uderzyć mocno z pięści, zdarzyło się go gdzieś rzucić, nie bardzo o niego dbałem i co – żył, przed sprzedażą miał z 2 male ryski na szybie. Kupiłem używanego S4 i chuj, dziś kilka przysiadów by ustawić co chciałem, wyciągam po jakimś czasie i niespodzianka… Jednak gdy będę zmieniał na inny, to nowy.

Nie cierpię swojej cery… Wpierdoliłem trochę słodkiego i wyskoczył pierdolony pryszcz… Tak  mnie to wkurwia… Albo skurwiały nos.  Nieco na minusie albo przetrę chusteczką – i zamieniam się w pedoruchacza Rudolfa czerwono-nosego… Awwww! Może w weekendzik jednak znajdę chwilkę i przypierdolę jakiegoś grzyba. Mała faza zawsze spoko. Ewentualnie grzybek i zielone i dzień w przestworzach. Czasem miło polatać i porozmyślać nad życiem, obejrzeć je z całkiem innej perspektywy.

Jak już przy fazach jesteśmy to powiem, że jak ma się dobrych kumpli to można taką bekę targać, że tego sobie wyobrazić nie idzie (na trzeźwo). Śmiejemy się z tak mało śmiesznych rzeczy i każde gówno – dosłownie i w przenośni – daje tyle szczęścia… Moja pierwsza fazunia była w chu głęboka. Razem z kumplami spotkaliśmy się w gronie w jakim ciężko nam się było spotkać od dawna. Zawsze ktoś musiał się poświęcić bo praca źle komponowała się z wolnym. ALE UDAŁO SIĘ!! Także jako ‚rolnik’, na wspólne życzenie, wyruchałem trochę halucynków.

grzyby halucynogenne

grzyby halucynogenne

A zaczęło się tak…
– ‚Jasam’… Dalej, zawijamy do chłopaków.
– luzuj dupę, muszę ogarnąć ile tego ścierwa trzeba wjebać
– no to ruszaj pizdę

… Tu zaczął się problem… Jak niektórzy wiedzą – jest wiele gatunków grzybów halucynogennych… Jedne kopią bardziej, inne słabiej. Różnice robi jak długo rosły i gdzie rosły, czy były dobrze nawadniane czy już zaczęły się suszyć. Każda rzecz ma wpływ na ich moc… Także szperałem w necie… Jedna strona – musisz zjeść z 15-30 grzybków, inna strona – no minimum 200 grzybów by coś poczuć i tak mogę wymieniać i wymieniać. Jedni pisali o małej ilości, a inni o kilogramach. Także pojechaliśmy w sumie z niczym.
Pojechaliśmy moim autkiem. Wszystko fajnie, pogoda nie była zła. Dojechaliśmy. Było nas pięcioro. Czworo strasznie napalonych na pierwszą jazdę, a jeden ‚pilnujący’ (to, że najebany i zjarany – nie ważne).

alkohol

alkohol

Krótka rozmowa z ziomkami:
– mamy stuff… Problem tylko jeden maluśki – nie wiemy ile wziąć.
– ile tego masz?
Wyciągnąłem pakunek… Był wielkości małej paczki chipsów.
– tyle, nie wiem czy to dużo czy nie, różnie w necie piszą… Co robimy?
Chwila wspólnego namysłu…
– nie ma na co czekać – wpierdalajmy!

I tak się zaczęło… Pakunek z grzybami leciał w koło jak paczuszka z ciasteczkami. Każdy wziął główkę i nogę i podawał następnemu. Po czterech – sześciu kolejkach, stwierdziliśmy, że nie bierzemy więcej tylko czekamy, a jak nic nie będzie to weźmiemy więcej… Podczas żucia, padały różne teksty – smakują jak kapcie – raczej jak skarpety – one muszą tak jebać? – kurwa, można czymś to zapić? – zaraz puszcze bełta… My czekaliśmy na efekty a osoba pilnująca polewała sobie kolejnego kielicha.
W trakcie oczekiwania słuchaliśmy muzyki oraz przeglądaliśmy coś na kompie – komp był podłączony do tv, także wszyscy dobrze widzieli. Minęło może z pół godziny, pilnujący oraz Sierściuch  przeglądali allegro w poszukiwaniu mercedesów. Po chwili miałem problemy z czytaniem, tak jak i sierściuch. Litery zlewały się i ruszały, nie szło złapać ostrości, były za małe… Nie wiedzieliśmy czy to na pewno grzyby czy po prostu zmęczenie. Siedzieliśmy i czekaliśmy dalej. Pilnujący oglądał na google maps jakieś wioski, najbardziej wysunięte na północ, w których żyją ludzie. Zima… Ten obraz utkwił w mej głowie.
Po chwili zaczęło się… Sierściuch i ja zaczęliśmy czuć coś w nogach… Coś między mrowieniem, a tzw. ‚posiadaniem nóg z waty’. Bob i Frytka siedzieli cicho. Chłopakom nakręcił się temat… Zacząłem czuć mrowienie w dłoniach. Początkowo słuchałem o czym mówią. Czasem spoglądałem na zasłony. Ruszały się jak fale na jeziorze w piękny bezwietrzny dzień. Były powolne i delikatne oraz równomierne. Gdy odwróciłem od nich uwagę i po raz kolejny skupiałem się na rozmowie, fale ustawały. Wtedy właśnie postanowiłem odłączyć się od chłopaków i pójść dalej. Nie wiem ile minęło… Siedziałem tak wpatrzony w to co się dzieje. Jedyne czego chciałem to nie przeżycie wewnętrzne fazy lecz opisywanie jej. Starałem się układać zdania i zapisywać w głowie wszystko co się dzieje. Było to proste do czasu. Gdy faza bardziej się wkręciła, odleciałem. Nie mogłem już notować tego wszystkiego, było to za trudne, a poza tym przeszło na inny plan. Co jakiś czas słyszałem jak Bobi pyta mnie:
– Jasam… co jest? co widzisz?
– jest dobrze, nie wiem…

marihuana

marihuana

Za każdym razem tak się to kończyło. Latałem gdzieś z wyłączoną możliwością postrzegania, zgubiłem się i nie pamiętam gdzie. Po pewnym czasie zrobiło się chłodno, schowałem głowę do bluzy. I w tej bluzie się rozpoczęło na maxa. Latałem gdzieś w czarnej dupie. Nie zwracałem uwagi, czy po prostu nie czułem już obecności chłopaków. Co jakiś czas łapałem ogar, wychodziłem z bluzy i mówiłem do Bobiego – bo to on siedział najbliżej, zaraz za mną,
– Bobi… Jeść, pić…
– A co chcesz?
– Nie wiem…

I tak kilkanaście razy. Nie wiem czy robiłem to co 2 minuty czy pół godziny, czas zmienił się, zastygł, przyśpieszył – wszystko na raz. Czułem, że zostałem wessany w jego wir. Dla mnie minęło kilka godzin, a naprawdę kilka minut.
Po raz kolejny wyszedłem z bluzy, Frytka stał w kuchni, patrzył na nas i się uśmiechał. Był wyluzowany. YołYołowska bluza z kapturem, naciągniętym na głowę, luźne dresy. Rękę trzymał w kieszeni a drugą się ‚bawił’. Rozstawiał ciężar ciała z lewej nogi na prawą i znowu na lewą. Wyglądało to jak bardzo skromny taniec, możliwe, że robił to w rytm muzyki – ja niestety już tego nie pamiętam. Kilkukrotnie wyszedłem z bluzy i za każdym razem widziałem Frytkę w tym samym miejscu… Jak już mówiłem, czas stał się dziwny, nie wiem czy stał tam 5 minut czy godzinę, w każdym bądź razie rozjebał nas pewnym tekstem. Jakoś tak się złożyło, że wszyscy popatrzyliśmy na niego, on zastygł,jego taniec ciała lekko przystopował, spojrzał powoli na każdego z nas i zapytał…
– na chuj ja tu w ogóle stoję?

Niby ogarnął lutę zadając sobie takie pytanie, jednak stał tam dalej… Po kolejnej chwili ogarnął się i dotarł do tego co go tam ruszyło – miał zrobić herbatę! Także jak już tam stal zrobił 3 herbaty. Ja poprosiłem po raz kolejny ‚o coś’. Dostałem wodę. Zwykła kranówa, ale znacząco poprawiła mi humor. Niestety… Chcąc się napić natrafiłem na mały problem… Brak czucia w ustach? WTF? No właśnie, nie czułem ust. Nie funkcjonowałem na tyle dobrze, żeby widzieć i normalnie napić się. Także wsadziłem dwa palce do szklanki. Czułem jak bardzo są zamoczone. Przyłożyłem ją do ust i zacząłem przechylać, ciągle kontrolując poziom wody i przechylenie. NARESZCIE! Po takiej saharze, dostałem kroplę wody. Jak deszcz na pustyni. Czułem się cudnie. Oparłem się i zamknąłem oczy, ciągle trzymając w dłoni szklankę i zamoczone w niej palce. Usłyszałem jak Frytka mówi do Bobiego:
– tej… Zabierz mu tę szklankę…
– po co?
– bo niby jest tak, że jak się śpi i ma rękę w wodzie to można się zlać…

faza po grzybach

faza po grzybach

Bobi zabrał mi szklankę. Byłem zbyt nieogarnięty by zaprotestować. Leżałem, byłem jak nieprzytomny, jednak ciągle zachowywałem niewielkie połączenie ze światem. Schowałem się ponownie do bluzy… Po raz kolejny niewiadoma ilość czasu przeleciała jak słońce przez horyzont. Chłopaki dali mi danonki. Superancko! Od razu chwyciłem je do ręki. Nie myślałem racjonalnie. Jak najszybciej chciałem je zjeść. Nigdzie nie było łyżeczki, a czekanie na nią pewnie zmieściło by się w kilku godzinach. Rozpocząłem konsumpcję…  …ręką. Zjadłem trochę, słyszałem tylko jak chłopaki się ze mnie śmieją, no cóż, jebać, byłem głodny. Po posiłku odleciałem na kolejne x czasu. Przez głowę przelatywało mi milion myśli, a zarazem było pusto jak na leśnej drodze o 3 rano. Myślałem o życiu i tym, co czyni mnie szczęśliwym. Myślałem o przyjaciołach i rodzinie, o  tym co robię źle i dobrze.
Poczułem się dziwnie, wzięło mi się na wymioty. Usiadłem… Spojrzałem na nich i powiedziałem:
– Chłopaki… Odchodzę… – w głowie miałem myśli, że odlatuję z tego świata i nigdy już nie wrócę.
– Gdzie odchodzisz? Nigdzie nie odchodź!
– nie wiem…?

Posiedziałem tak chwilę w ciszy. Nagle wstałem i wyszedłem. Chłopaki mówili bym nigdzie nie odchodził. Po chwili jednak dołączyli do mnie i mimo, że kibel był wolny każdy w innym miejscu przed domem zaczął lać. Świat dla mnie nie istniał.  Było ciemno. Jedyne co widziałem to dom, ogród i żywopłot oddzielający nas od ciemności. Nic za nim się nie prezentowało, czarność… Plułem i plułem, niby czekałem na bełta, ale po każdym plujnięciu przechodziło. Wszedłem do środka. Było mi strasznie zimno. Znowu zaczęło mi się chcieć rzygać. Stanąłem koło śmietnika. Chłopaki nalegali bym poszedł do kibla, plujnąłem jednak do kosza na śmieci i mi przeszło… Usiadłem, dziwnie się czułem… W pokoju była ‚szafa’, a w niej łóżko, położyłem się tam. Leżąc po raz kolejny mój łeb nawiedziło milion myśli. Faza przeszła na kolejny etap…
Leżałem, początkowo słyszałem jak chłopaki coś mówią – nie wiedziałem co, ale odpowiadałem co jakiś czas – twoja stara, albo – zamknij mordę.
Zacząłem znów marznąć. W głowie odpalił mi się film – jesteśmy w wiosce, w której jest zima… To ta jebana wioska z google maps – wtedy tego nie wiedziałem. Czułem, że jesteśmy daleko od cywilizacji, nie mogłem nic zrobić, wszyscy umrzemy. Bobi zwrócił się do kogoś – daj ognia bo faje chcę zapalić… Trafił we mnie! Nie zamarzniemy… Spalimy się! W mojej głowie myślałem, że wszyscy są tacy wyruchani jak ja, leżą i nie wiedzą co się dzieje… Zapali papierosa, Bobi będzie leżał, a on spadnie gdzieś i się spalimy żywcem. Szybkie myśli jakby poinformować rodzinę o tym co się dzieje, oddanie swoich rzeczy, prośbę o zamknięcie spraw i pożegnanie się. Nie wiedziałem co robić… Ale leżałem dalej, chłopaki mnie chyba przykryli, ponieważ zrobiło się cieplej…
Jeszcze przez jakiś czas leżałem, ale czułem, że zaczynam coś ogarniać, ruszałem rekami, dźwięki wracały do normalnej postaci, wyszedłem z ‚szafy’, wszyscy byli ogarnięci. Pilnujący zaproponował mi kielicha, odmówiłem.
Razem z Sierściuchem, który wyglądał dobrze i już dawno się ogarnął, pożegnaliśmy się z chłopakami i pojechaliśmy, on był kierowcą. Dzieło się wiele, w każdym z nas, ale pożegnaliśmy się jak gdyby nic się nie stało. Jadąc wszystko było takie dziwne, kolory, kształty. Gdy byliśmy w domu poszedłem do łazienki – moje oczy jak ogromne czarne kleksy na białych piłeczkach pingpongowych. Ręce dalej były oblezione przez ruszające się wzorki oraz rosły i kurczyły się w tym samym czasie… Poszedłem spać.

Z tego spotkania pozostało kilka zdjęć i krótki film. Pozostawił on również wiele wspomnień. Mimo tej chwili, gdzie obawiałem się końca, cała faza była zajebista, spotkanie było zajebiste i ekipa była zajebista, Każda kolejna faza jaką przezywałem zawierała wzmiankę o tej pierwszej. Wspominam to często. Piękne chwile :) Kolejnego dnia zobaczyłem swoją bluzę – od góry do dołu ujebana danonkami. Heh. Nie da się niestety tego od tak opisać. Nie jeden próbował. Podczas fazy ma się wrażenie, że wiesz co i jak opisać, zasób słów jest duży i wiesz jak to wszystko sklecić. Po fazie niestety jest tak, jakbyś zapomniał jak to wyglądało, jakby dzielił Cię szmat czasu od tych wydarzeń i częściowo się one zatarły. Próbując jednak zapisać to wszystko podczas fazy, zdania są nieskładniowe, wydaje Ci się, że wiesz co piszesz i mimo braku słow na całe te zamieszanie, dokładnie umieszczasz sytuacje w zdaniach. Jak się jednak myliłeś, dowiadujesz się po zejściu z fazy… Bezsensowne teksty i brak możliwości poprawy tych zdań na trzeźwo… Nie da się tego opisać…

Grudzień 4

Zimowo

Woohoo… Zaczęło pizgać mrozem, ZIMA!… Moja chatka Puchatka nie bardzo jest przystosowana do takich warunków…
Jeszcze kilka dni w pracy i miesiąc wolnego. W pierwszej kolejności jakaś bibka, później święta. Po świętach trzeba będzie odwiedzić kilka osób i zaszaleć. Sylwek bez planów bo i tak zawsze wychodzi inaczej…

Weekend minął szybko. Tak w ogóle to poniedziałku nie pamiętam, przespałem czy jaki chu? Byłem u laseczki, strasznie się jej chciało to jej pomogłem. Pomimo, że to nie w moim stylu. Za moimi pleckami ułożyła sobie całą historię i wymyśliła, że spędzę u niej  całą noc. Na szczęście na drugi dzień musiałęm wcześnie wstać, także o 1 zawinąłem do domku.

W pracy nudnawo, monotonia. Dobrze, że ludzie pojebani to czas jakoś leci. Tu się wymkniesz, tam się przejdziesz i jakoś dożyjesz końca.

Ostatnio koleżanka napisała mi miłą wiadomość, że brakowało jej mnie, że tylko ja potrafię ją zrozumieć i że nie wie jak to robię, ale potrafię dać jej takiego kopa, że zapomina o tym co ją dołowało. Słodziaśnie 😀

Temperatura nie pozwala mi wyjechać na moto, czyli odcina mnie od ostatniej rzeczy jaką mogę robić. Musiałem zrezygnować z siłki na trzy miesiące ze względu na zerwany mięsień…

Wkurza mnie trochę, że mam tak liczną rodzinkę, bo trzeba im nakupować czegoś na święta haaah. Jeszcze jakbym miał pomysły co im dać. W tym roku dostaną koperty i trochę słodyczy, niech się cieszą :)

Dziś miałem lekcje języka… hihi, spierdoliłem jak gimbol 😀 jest okejka!