Grudzień 26

Łosiemnastkowo

No to mamy święta. Chciałbym jednak zacząć ten wpis mniej-więcej chronologicznie.
* Po napisaniu połowy postu stwierdziłem jednak, że zamiast pisać o świętach i imprezie, podzielę to na osobne posty.

Pisałem ostatnio o 18-nastce. Hah… Trasa w tamtą stronę – jako-tako. Byłem na PKP odebrać kumpla jeszcze przed czasem. Wyszedłem z auta, zaczepił mnie jakiś kolo:
– przepraszam… Jak daleko do … {nazwa wsi}
– na oko z 10 – 15 kilometrów…
– a nie podrzuciłby mnie pan? zapłaciłbym…
– niestety… jestem…
Tu pojawił się EmDżej. Przywitałem się z nim.
-… umówiony i trochę się śpieszymy, {nazwa wsi} jest mi niestety nie po drodze.
Wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy. Jak wspomniałem – trasa tam – jako-tako. Dojechaliśmy nieco późno i musieliśmy odłożyć wizytę w mieście. Najpierw pojechaliśmy ogarnąć pokój. Zanim do tego doszło – przywitanie się z ziomalką i wręczenie prezentu. Jeszcze w drodze EmDżej mówi, że ma dla niej prezent – cieszy michę jak pojebany – to będzie posrane – wyciągnął ogromnego gwoździa… Okej… Raczej nikt by się nie spodziewał takiego prezentu. Boję się trochę wymieniać rzeczy ponieważ, kilka osób wie co tam było i mogłoby skończyć się znalezieniem przez nich właściciela tych wszystkich wypocin. No ale cóż – kostki grzybowe do zupy, ymmm opakowanie toffieffie – znowu nie wiem jak napisać – oczywiście puste, zręcznie wyciągnięte czekoladki, lizak, koperta z forsą i kartka 😀 Nie mogło się obyć bez głupich tekstów i na nieszczęście mama ziomalki to później przeczytała…
– który to dziwka, a który to gej?
Dojechawszy na miejsce dostaliśmy informację, że pokój przygotują nam w ciągu godziny. Pojechaliśmy więc do solenizantki i tam posiedzieliśmy jakiś czas. Obiadek, zapoznanie się z rodziną – yoyo, wszystko pięknie. ‚Tata’ zaczął już schodzić na tematy, które raczej są nie bardzo na takim poznawczym obiadku. Ale było śmiesznie.

Po raz kolejny ruszyliśmy na pokój. Był gotowy, zapłaciliśmy i wsadziliśmy tam nasze śmieci. Chwilę później ziomalka i kierowca byli pod chatą. Wyszliśmy i ruszyliśmy na bibę. Początkowo załatwianie i sranie. Usiedliśmy. Siedzieliśmy chwilę zanim doszła reszta. Było tak, że solenizantka – norma, znała wszystkich. Natomiast ja i EmDżej tylko ją. Byliśmy tam jedynymi chłopakami. Oczywiście prezenty blah blah, patrzyliśmy co dostaje – no większość normalnych, tylko my byliśmy tak kreatywni? Jebać. Kręgle… Serio? Nigdy w nie nie grałem i jakoś nie chciałem tego zmieniać. Nie bardzo widziałem się w tej roli. Odmówiłem gry, ale mnie zmusili. No więc od niechęci, ale rzucałem, pod koniec już nawet nie było tak źle, ale nie wiem czy mi się ta gra podoba. Z drugiej strony jak na tego typu imprezę to pomysł całkiem fajny.
Zaczęło się picie… Pizza na wstępie nieco mnie uratowała. Piłem w większości bez zapity. Pod koniec dziewczyny nie chciały pić, to waliliśmy sami z EmDżejem. Solenizantka, starała się nas nie zostawiać i dawała z nami co drugi/trzeci. Końcówka zaczęła mi się zmywać, dopadł mnie sen. Dziewczyny się zmyły, wódka pojawiała się sama w kieliszku. Odrzuciłem propozycję podniesienia kolejnego. Czas się zmywać! Pojechaliśmy do domu. Na życzenie otworzono mi okno – było zablokowane z przodu – jechałem jak zbity pies, poprosiłem o łagodną jazdę w celu uniknięcia bełta. Wcześniej też ustaliliśmy, że kierowca ma nas wyjebać 500m przed chatą. Przed taką wyjebaną drogą – lepiej dla niego i dla nas. Szkoda auta. No więc czas wyjść. Wynalazłem w kieszeni 15 zyla i dałem śmieciowi. On chyba też z 2 dychy. Więc poszło dla kierowcy, a my poszliśmy w trasę. Wiało jak jasny skurwesyn i pizgało mrozem. Dodatkowo nieco grubsza mrzawa nakurwiała w ryj. Szliśmy, każda kałuża była nasza. Szliśmy z EmDżejem pod rękę jak dwa pedały, sam pewnie bym nie doszedł. No i po jakimś czasie doszliśmy do domu. Jak tam było wyjebiście ciepło… Niby to nie dobrze, ale jakoś nie narzekałem. Śmieć ciągle latał jak ze sraką. Dał mi nagle telefon. Jakaś laska coś pierdoli. Nie wiem o co kaman. Starałam się wybadać z kim rozmawiam… Moja ex… Boże co za debil… Przyleciał i chciał bym oddał mu telefon, odrzuciłem prośbę. Jak tak gadałem i pół-rzygałem z dupy wziął mój telefon i zrobił nam sweet focie – o tym dowiedziałem się 2 dni później przeglądając galerię.

Zjadłem kupioną dzień wcześniej bagietkę czosnkową. Nie należała do najlepszych. Kupiliśmy też jeszcze rano dania, do których dolewa się wody. Miałem grzybową, a on spaghetti. Pyszne, pomimo, że nie zjadłem do końca. Pisząc to leci mi ślina 😀 Poszliśmy spać, jebłem się na wyro nie biorąc kołdry. W nocy mnie przymroziło to się jakoś tam przemieściłem i wyciągnąłem kołdrę z pod siebie. Lekker warm.

Pobudka, EmDżej od rana znów nakurwia jak ze sraką budząc mnie co chwilę. Pisze tam z rumunami, nie wiem o co chodziło. Moje spodnie ukurwione od góry do dołu w błocie. Buty, moje jak i jego stały na kaloryferze – dobry ziomek. Lekki ból głowy – po raz kolejny pizgawiczny, mroźny i przechujany spacer po piciu uratował mnie od kaca.

Posiedziałem, ogarnąłem dupkę. Kąpiel. Woda ciepła. Ręczniki świeże i pachnące. Jeden z nielicznych hoteli, w których było tak dobrze. Wykąpany, on również. Przebrani. Nikt nie goni nas, ani nawet wcześniej nie poinformował jak wygląda doba hotelowa. Poza tym nawet sam się upomniałem, by zapłacić. Spakowaliśmy dupy i pojechaliśmy do solenizantki. Gadka szmatka, oglądanie fotek. Tym razem udało się zjeść obiad u niej w pokoju bez pytań z d.

Siedzieliśmy. I z ziomalką myśleliśmy nad tym czy jeden z ‚innych’ sklepów będzie otwarty… Niedziela. Niby handlowa, ale raczej wątpiliśmy w to, że sex-shop będzie otwarty 😀 Hmmm i o chu tu chodzi? No przy jednej z pojebanych rozmów ona stwierdziła, że kupi mi zabawkę, szybko zaklepałem i kazałem jej obiecać. No i obiecała. Myślała, że dla żartu – ni chuja. W mieście, w którym jest praktycznie codziennie, ma wejść ze mną do sklepu i kupić mi wybraną zabawkę. Oczywiście nie obejdzie się bez siary. Pojechaliśmy i niestety wszystko pozamykane. Lipa. Wizyta w McD i wracamy. Wracając ziomala wpadła na zajebisty pomysł! Bilard! No zamiast skręcać, pojedziemy siedem km prosto. Zapierdalamy, auto piszczy – mało oleju, walić. Wchodzimy do ‚baru’?:
– dobry wieczór, można zagrać w bilarda?
– niestety nie, pokradli wszystkie bile…

Okej – wracamy. W połowie drogi:
– jakbyśmy pojechali dwa km dalej to byłby inny ‚bar’ z bilardem…
– dzięki za szybki news panno nawigacjo…

Wróciliśmy do domu, gadka szmatka, nakurwianie łososia i breakdance i papa. Wyjechaliśmy… Gps tym razem poprowadził nas w chuj i w pizdę. Ja pierdole. Nie dość, że długo to po jakiś zjebanych drogach. Odwiozłem EmDżeja do domu i wróciłem  do siebie. W domu byłem koło 1 – 2.
Ogólnie wypad ok. Nieco drogi, ale no czasem można zaszaleć.

PS. Podczas kończenia pisania tego postu coś posmyrało mnie po ręce. Spokojnie podniosłem ją, a tam ukazał mi się pajęczakooor 😀 Jebak leśny chciał mnie zawinąć w kokon i gwałcić do końca nocy, nie dziś!

Grudzień 15

Faza, fazunia #2

Dostałem od znajomego ‚miśka’, co nakłoniło mnie do kolejnych wspominek z faz. Dodatkowo obejrzałem na sadolu pewien film o zmianie klimatu i pogody, blah blah. Jeden z komentarzy zwrócił moją uwagę. Koleś zapytał o część filmu, w której była wzmianka – pokazane nagrania ludzi oraz jakieś info z wiadomości, na temat wybuchów i dziwnych dźwięków ‚z nieba’. Było je słychać jednocześnie w Nowym Jorku oraz Anglii. Ostatnio pisałem i jak wiele osób wie, że trudno jest opisać stan w jakim się znajdujemy, co widzimy i co myślimy podczas fazy. Jednakże raz miałem zajawę na sposób działania naszego społeczeństwa. I tak jakby to powiedzieć – ‚to wszystko już było’ – słowa i myśl, która przechodzi Ci przez łeb podczas latania.

Opis ten będzie napisany bardzo, hmmm… Dziwnie, możliwe, że bez składu i niepoprawnie. Poza tym, treść może zawierać informacje tak pojebane, że zrasują Ci łeb i nie wyciągniesz z niego żadnych pożytecznych informacji. Jest to spowodowane tym, że na ‚sucho’ raczej nie myśli się o niczym w ten sposób. Jako, że nie pamiętam, w której fazie to mi do łba przyszło, dlatego opiszę samą rozkminę jaka mnie dopadła, a stało się to w sposób jaki gwałciciel dopada swoje ofiary, po samej fazie. No to jedziemy…

Jebanie w piłe

jebanie w piłe

Słowa ‚to już było’ – o co chodzi? A o to, że kręcimy się ciągle w kółko… Usiądź sobie wygodnie i zastanów się jak wygląda/ło Twoje życie gdy miałeś 10-15-20 lat. Mniej-więcej tak:
* szkoła – gadanie z kumplami, jak w każdej klasie – byle by minęło. Wymyślanie zabaw i gier, tworzenie grup, przezwisk dla kumpli i wymyślanie nowych słów.
* po szkole – jak najszybciej ogarnąć się na jutro i zależnie od pogody, albo wyjebanie na dwór i nakurwianie na rowerach, strzelanina ‚bronią’ z kijów, zabawy w chowanego, jebanie w piłę, tworzenie ‚baz’, albo gdy pogoda była chujowa, granie na pegasusie, oglądanie filmów, zabawy ‚ludzikami’ czy ‚lalkami’ – batman, action man, superman i inne kurwy.
* wieczór – powroty do domów, kąpiel i zaczynanie kolejnego dnia.

Jakby nie patrzeć każdy robił ‚to samo’. Oczywiście zależnie od miejsca zamieszkania i ‚wyglądu rodziny’, mogło się to nieco różnić. Również jako, że jetem facetem, nie uwzględniłem zabaw dla dziewczyn, chociaż i one miały podobne zajawki. Też wiek Wasz – czytelników jest różny, więc nie wstrzelę się w pisanie by każdemu dogodzić. lećmy dalej.

zabawy na trzepaku

zabawy na trzepaku

Z biegiem czasu rozwinęła się technika – kompy, telefony, chuje móje, dzikie węże. Nie mieliśmy jeszcze dużo wspólnego ze ‚złem’ świata. Czasem musieliśmy tłumaczyć dziadkom/rodzicom jak działa jakaś rzecz. Czasem mówić o nowym ‚slangu’, słowach wymyślonych przez rówieśników.

Staliśmy się starsi. Zaczynamy czerpać więcej informacji z zewnątrz. Ta jest taka i owaka, ten jest taki i taki. Gdzieś był wypadek i ktoś zginął. W innym miejscu została zgwałcona dziewczyna. W tamtym mieście ktoś rozprowadzał dragi. I wiele, wiele innych. Coś z czym nie mieliśmy styczności (większość z nas), coś przed czym chronili nas rodzice, zaczyna nas molestować, oblizywać swoim szatańskim językiem.
Lecimy w przyszłość. Mamy w swoich rękach zakazane rzeczy. Papierosy, lekkie dragi, alkohol. Jesteśmy bliżej świata. Zaczynamy planować przyszłość. Znajdujemy i rozwijamy swoje hobby. Wszystko się zaczyna kręcić. Znajdujemy dziewczynę,  jedną, drugą trzecią. Z tą nie wyszło, z tamtą nie wyszło.
*(tu poza tematem całkowicie – nie rozumiem szmaciarzy, którzy biczą na swoje byłe… Większość z nich po prostu nie czuła jednak tego czegoś, inne po prostu widziały, że się zmieniłeś – pokazałeś obojętność – i to im nie przypasowało, co poskutkowało rozstaniem. Ok, zdarza się. Więc się kurwo ogarnij i zastanów nad sobą, a nie sadzisz do nich, że już Ci się nie dadzą. Laski to nie tylko pizda i cycki. Mam kontakt ze swoimi byłymi i niestety, jest też kilka, które zwyczajnie wykasowałem z głowy i na które mogę biczyć, ale tylko z tego względu, że pizdy nie umiały trzymać swoich jeży na wodzy. Tak, w tym wypadku są kurwami, ale nie dla tego, że zerwałem, tylko dlatego, że się puściły.)

czas do pracy

czas do pracy

Dostajemy pierwszą pracę. Jesteśmy poniekąd w stanie spełniać swoje marzenia i wszelakie zachcianki. Wyjeżdżamy na wakacje, opłacamy swoje potrzeby. Wszystko kręci się dalej.
Tu zacznę nieco smutniej, umierają nasi bliscy, nasze zwierzątka, najlepsi przyjaciele – to było, jest i będzie – tego nic nie zmieni, no może poza kataklizmem. Jakaś wykurwista kometa czy coś.

Dalej nie będę opisywał z dwóch względów:
1. Jestem zbyt młody by dalej oceniać życie,
2. Pewnie zgodziłeś się z choć jedną wymienioną przeze mnie wyżej rzeczą.

No i dobra – co to miało na celu? Ano właśnie, opisałem jak było. A teraz zobacz co robią młodzi… No tu się pojawia problem elektroniki, dlatego też porównanie nie będzie kompletne, ale sam fakt. Bawią się, chodzą do szkoły. Wymyślają rzeczy, których czasem nie ogarniamy, a starzy jeszcze nie jesteśmy. Bardzo smutno to powiedzieć, ale widzimy już naszych rodziców jak siwieją, starzeją się – wiecie o co mi chodzi. Niedługo, lub dla niektórych – już, staramy się wychowywać dzieci w miłości i spokoju, z dala od ‚złego świata’. Zajmujemy rolę naszych rodziców. Przekazujemy im swoją miłość i wychowujemy. Wkładamy w nich część siebie.

Także mam nadzieję, że ogarniacie w jakimś stopniu skąd bierze się ‚ale to wszystko już było’ podczas tripów.

Tu zakończę mój wywód na temat otaczających nas ludzi, a zajmę się światem. Nie wiem czy to stało się podczas jednego tripu czy kilku innych, ale posklejałem wszystko w całość i dokończę poniżej.

żywioł

żywioł

Otóż pewnego razu naszła mnie rozkmina na temat końca świata i tego jak zachowujemy się w sytuacji zagrożenia. Opowiadając to znajomych użyłem przykładu bakterii w kiblu 😀 Ale Wam postaram się to przedstawić nieco w inny sposób.
Świat i jego koniec… Wyobraź sobie naszą kulę ziemską. Na niej jacyś grotmeni  z gołymi pytami. Wszystko idzie jak powinno. I po raz kolejny zaczynamy technikę. Nie chce mi się wymyślać już tysiąca przykładów więc zajmę się jakimś jednym przykładem.
Niech to będzie emisja spalin. Lecą sobie spalinki od naszych wozów i fabryczek do chmurek. Tam nasza warstwa ozonowa dostaje bladej kurwicy. UWAGA – naukowcy alarmują, nie dziś, nie jutro, ale tym sposobem wyeliminujemy sami siebie. Także zaczynamy robić coś w tym kierunku by wyeliminować ten problem i ‚ukryć’ się przed kataklizmem.

warstwa ozonowa

warstwa ozonowa

A teraz zrobimy to na przykładzie choroby człowieka. Jest sobie Jan Kowalski. Zadowolony cielaczek z przeciętnej rodzinki. Jan ma swoje hobby i swoja wspaniałą rodzinkę. Żyją sobie szczęśliwie. Aż tu nam szaraczek Janek zaczyna chorować. Zaczynają się jakieś tam objawy. Co robi Janek? Idzie do lekarza, sięga po leki. Tabletunie i syropki. Co robią wirusy? Giną. Także taki wirusek się rozrasta z dnia na dzień. Aż w końcu, tak jak to we wcześniejszym przykładzie – zaczynają się objawy u ‚nosiciela’. (teraz będę mieszał przykłady). Nosiciel – ziemia, odkrywa, że coś jest nie halo i daje znaki, że coś trzeba z tym zrobić. Także dla ziemi będzie to srylion lat zanim warstwa zniknie i nas spali, a dla wirusa kilka dni zanim ciało go rozpierdoli. Także jesteśmy w tym samym miejscu. Zmierzam do tego, że jest taka możliwość iż jesteśmy sobie od takim wirusem na lub w czymś. I z biegiem czasu dajemy o sobie znać temu wszystkiemu. I albo się dobrze ukryjemy – zanim znajdą szczepionkę, albo zginiemy od razu. Co jeżeli kataklizmy to walka z nami? A może jeszcze nie jesteśmy, aż tak rozwinięci by nas wykryto? Teraz się przyczepicie o czas. Podczas fazy czas staje w miejscu. Sekundy ciągną się godzinami. Dlatego też porównanie tego, że coś (warstwa ozonowa) niszczy się długo, a coś innego (wirusy – wykrycie/zniszczenie)  niszczy się znacznie szybciej. Chodzi o sam efekt tego.

niszczenie wirusów

niszczenie wirusów

Dobra. już sam się zgubiłem. Mówiłem na początku, że to będzie zagmatwane, ale naprawdę ciężko znaleźć słowa, ułożyć myśli i spisać to wszystko. Jest to wytwór mojego małego mózgu więc się jebcie jak nie pasi. Fazowicze pewnie docenią starania.

Tu jeszcze mała prawda na temat dragów.

alkohol - joint - grzyby - faza

alkohol – joint – grzybki – faza

Grudzień 14

Wieś nie śpi

Chciałbym serdecznie pozdrowić środkowym palcem pierdolonych ‚panów’, którzy jak zwykle dali popis polskości, kreatywności i inteligencji, gdzie z ośrodka podjebali gaśnicę (mam nadzieję, że będą na kamerach) i rozjebali przystanek PKS. Koło innego wyjebali rowery na płot – chyba jako ozdoba świąteczna… Tępe chuje. Nie wiem, czy ojciec ich zapychał w młodości i odwiedzał po nocach razem z wujkiem i stadem czarnuchów, ale życzę im kolejnej takiej przygody. Wielkich kutachów w dupy i zawiśnięcia na drzewach, a od tak, dla zabawy.., :))

Wczoraj wstałem w chuj rano, bo aż przed 6, czyli po jakiś 5-ciu godzinach snu. Niby nic, ale jak ma się wolny dzień to ekhmmm… Pizgało jak islamskie cumshoty na kozie mordy. Dzień przywitał mnie temperaturą pokojową, aż 15-nastu stopni. Wychodząc z pokoju ogarnąłem, że chuj już całkowity z jebanym bojlerem… Skontaktowałem się z właścicielem i szukaliśmy rozwiązania. Jako, że miałem umówione spotkania, zleciłem mu zajęcie się tym. Najpierw próbował własnych sił, później umówił się z firmą. Byłem spóźniony (nie opóźniony, bo nic w tym nowego, tylko tak zajebiście – czasowo). No dobra… Czas na kąpiel. Woda nie miała temperatury pokojowej, a zewnętrzną, czyli kurwa mroziła krew w żyłach – dosłownie i w przenośni. Także – namoczenie, szorowanie i spłukiwanie. Rzadko tak szybko potrafię to zrobić. Nie zdążyłem nawet nic zjeść. Ruszyłem. Na pierwszy ogień poszedł szefo. Czas jaki mi wyznaczył był bliski, także trzeba przydusić – auto miłe, żwawo reaguje na polecenia, tak jak i również żwawo tworzy wir w baku – komputer pokazuje 30l/100km, no cóż… Jestem w jego mieście, ale nie pamiętam gdzie mieszka,  szybka wiadomość o nazwę ulicy. Nie było źle, pomyliłem się o 3 ulice (krótkie) – zdążyłem na czas – sukces! Szefo pojawił się na horyzoncie.
Uwielbiam jego propozycje – przyjechałem autem – piwko? Heh. Usiedliśmy i pogadaliśmy, odebrałem zamówioną rzecz. Dłuższa rozmowa o wszystkim i niczym. Ktoś wchodzi do domu. Jego cudna córa… Pomimo, że widziała mnie z 6 razy, za każdym razem przychodzi się przywitać i zapoznać. Zawsze nazywam ją swoją żoną. Szefo stwierdził, że za 2 dychy mogę ją bzyknąć. Wydaje mi się jednak, że jakbym dobrze zagadał to zszedł by niżej.
Kolejne minuty lecą na pogawędce, jednak czas się zbierać. Oczywiście nie był bym sobą gdym czegoś nie jebnął. Więc ogólne do widzenia i specjalne – do widzenia moja piękna żono. Zostałem zmierzony, ale raczej nie będzie mi miała za złe – jeżeli nawet to kij z nimi, mówię co myślę 😀 Żona szefa zapytała tylko, czy jej się nie należy nazwanie piękną… Niestety nie.

Lecę dalej – pół godziny spóźnienia… MILF zaprosiła mnie na obiad. Sexi mama mnie kręci. Tu także pomyliłem ulicę, ale wiedziałem gdzie zrobiłem błąd.
Wiadomość – jestem na miejscu, gdzieś obok Twojego auta….
– mieszkanie nr 16…
Ruszyłem, drzwi były uchylone. Wszedłem delikatnie pukając. Milf stała w kuchni. Tworzyła obiad. Zdziwił mnie jednak fakt, że w pokoju, za zamkniętymi drzwiami, ktoś odkurzał – domyśliłem się, że to córeczka… Milf pokazywała mi jej focie już wcześniej. Cudaczkowa dziewczyna… Niestety?- zajęta. Już wcześniej mamuśka chciała mnie z nią wysłać gdzieś na pizze, pomimo, że nie bardzo lubi, gdy jej córeczka wpierdala taki shit. Chwilka rozmowy i oto i ona… Cud natury. Nieco grubsza – nie, nie tłusta krowa!, ale bardzo ładna. Sympatyczna twarz, gładka skóra. Policzki zarumienione, to chyba po mamie. czy wszyscy znajomi muszą mieć tu takie fajne córeczki i to kręcące się wokoło mojego wieku? Szybkie przywitanko i dalsza rozmowa. Obiad gotowy, wjebaliśmy pyszny obiadek. Gdyby mi się chciało gotować to może bym doszedł do wprawy i potrafił to zrobić tak jak ona. Typowy obiadek u mamusi. Po obiedzie usiedliśmy przed TV. Jakoś godzinę później zjawił się jej facet… Z ryja jakiś turasowy, do najpiękniejszych nie należał, ale co ja będę się wypowiadał. Jednak spokojny i uprzejmy. Córka się przebrała, pożegnała i wybyli…
Razem z Milfem oglądaliśmy film. Później w trakcie zaczęła pokazywać mi focie na telefonie, różne, różniaste. Objąłem ją ręką. Ona początkowo siedziała i w miarę postępu czasu, coraz bardziej się kładła. Leżała oparta o moje ramię i częściowo pierś. Łokieć oparłem na oparciu kanapy, a ręką jeździłem jej po nodze… I kolejny ‚niezauważalny krok’, Co chwilę delikatnie się ruszała – ja mając rękę ciągle w tej samej pozycji, zacząłem już jeździć jej po wnętrzu ud. Nice try mom! Fotki się skończyły, zaproponowała coś do picia. Wróciła usiadła nieco inaczej, oczywiście znowu ją objąłem. ‚Oglądaliśmy’ film. Jakoś tak wyszło, że się do niej przytuliłem. Tak przytulony głaskałem ją po plecach. Ona mnie również. Zrobiło się ciepło – w końcu nazwałem ją Milf – buziak! Dała 😀 A gdy ostatnio chciałem to stwierdziła, że nie może. No i takie tulaski i kolejne próby całowania. Poszło dobrze! Ale lekko się odsunęła mówiąc – co my robimy? Jestem dla Ciebie za stara. Mogła bym być Twoją mamą… Odpowiedziałem chyba dość logicznie – mogłabyś, ale nią nie jesteś. Pojawił się uśmiech na jej twarzy. Także pocałowałem ją znów, po chwili znowu unik.
– to co robimy jest złe – to powtórzyła tej nocy chyba 30 razy.
Całowałem ją po szyi. Czułem jak cała ‚chodzi’. Ale po chwili przyciskała głowę do ramienia uniemożliwiając mi dalsze zabawy. Siedzieliśmy, tuliliśmy się i całowaliśmy na przemian, dotykałem jej tyłeczka i piersi. Po jakimś czasie położyła się na plecach. Niby ‚zwyczajnie’, ale nie aż tak bardzo – faceci wiedzą o co chodzi. Popatrzyłam na nią przez chwilę. Rozszerzyłem jej nogi i położyłem się na niej. Zacząłem całować i jednocześnie ocierać się o nią. Jej ciało ‚powiedziało’ mi, że to jej się podoba. BUM. Ktoś wszedł do domu… Piękna córeczka, musieliśmy zakończyć nasze zabawy. Było już jakoś 30 minut po północy. Także jeszcze kilka cichych całusów póki Dziuńka była w swoim pokoju. Pożegnałem się, podziękowałem i nie do końca spełniony pojechałem do domu.

W domu byłem jakoś po pierwszej, zastałem temperaturę pokojową 11-nastu stopni – żyć nie umierać. Nie myśląc długo rozebrałem się i wjebałem prosto do wyra. Ustawiłem budzik, standardowo – za 15 i za 10 piąta. Zasnąłem dosyć szybko.
Rano miałem straszny nieogar. Lodowata woda w kranie dosyć szybko mnie obudziła. 10 stopni w pokoju. Nie chciało mi się nic szykować, więc na głodniaka pojechałem po kolegów, których mam po drodze i, z którymi pracuje. Początkowo wszystko było ok, ale około godziny 9-tej złapał mnie muł morderca. Zasypiałem na siedząco. Kumple mieli problem ze snem to stwierdzili, że jebać to i przez całą noc nakurwiali w FIFA’e. Trzej jebani muszkieterowie wyglądający jak po imprezie. Na szczęście bez kaca.

Umhhh. Coraz bliżej świąt, a ja dalej nie mam miejscówki dla moto i dalej się nie zarejestrowałem. Tak czy siak, wiem, że dam radę. Nie lubię składać życzeń, ani innych gówien tego typu, więc jeżeli już to czytasz to Wesołych Świąt – tak na przyszłość i specjalny obrazek dal wszystkich Panów.

piękna chójka

piękna chójka

Grudzień 9

Czuję wolność

Wypasik. Coraz bliżej weekendu. Jeszcze tylko jedna nocunia i będę nakurwiał salta.

Niby mógłbym się zrelaksować, nareszcie… Niestety muszę wreszcie ruszyć pizdeczkę i coś zrobić. Jestem leniwy jak gówno w zoo… Tak więc pierwsze co zrobię to powieszenie prania. Według mnie mam pralkę i suszarkę w jednym, tylko suszenie zajmuje kilka – kilkanaście dni 😀 Dlatego też wyciągnę te pranie – już tam chyba 4 dzień zimuje – i powieszę. Dalej czeka mnie sprzątanie. I to dosyć dokładnie. Właściciel chaty ma mi złożyć wizytę. Kolejna sprawa to mycie naczyń… Wczoraj nie miałem na czym pizzy zjeść i użyłem deski do krojenia. A więc teraz już nie mam kompletnie nic, chyba że sobie będę robił żarełko w szklankach – zostały 4 czyste.

Nie mam pojęcia co zrobić z moto przed wyjazdem… Na pewno mi Haniulke podpierdolą. W zeszłym roku zimowała na firmie, w tym niestety nie wiem czy się to uda. Poza tym trzeba nią tam dojechać – w taką pizgawicę to ja dziękuje. W najgorszym – dla mnie najlepszym wypadku, wpierdolę ją do domku i niech sobie stoi. Tylko nie wiem, czy właściciel się na to zgodzi.

Weeee! Siostra wreszcie zacznie spłacać mi pożyczkę. Dałem im dosyć dogodne warunki, a i tak ruchała mnie w dupę z jej menaskiem. Trochę wkurwiające, ale co zrobić… A teraz zmobilizowali się i przypływ gotówki pozwoli na spłatę mnie. :)

Dzisiejsza praca minęła sprawnie, całą noc stałem i operowałem tym śmietnikiem bo za cholerę nie mogłem tego ustawić. Gorsza sprawa to fakt, że jebła mi szybka w kom… Miałem SG S3, spadł mi wielokrotnie, czasem jak nie miałem do niego nerwów, potrafiłem uderzyć mocno z pięści, zdarzyło się go gdzieś rzucić, nie bardzo o niego dbałem i co – żył, przed sprzedażą miał z 2 male ryski na szybie. Kupiłem używanego S4 i chuj, dziś kilka przysiadów by ustawić co chciałem, wyciągam po jakimś czasie i niespodzianka… Jednak gdy będę zmieniał na inny, to nowy.

Nie cierpię swojej cery… Wpierdoliłem trochę słodkiego i wyskoczył pierdolony pryszcz… Tak  mnie to wkurwia… Albo skurwiały nos.  Nieco na minusie albo przetrę chusteczką – i zamieniam się w pedoruchacza Rudolfa czerwono-nosego… Awwww! Może w weekendzik jednak znajdę chwilkę i przypierdolę jakiegoś grzyba. Mała faza zawsze spoko. Ewentualnie grzybek i zielone i dzień w przestworzach. Czasem miło polatać i porozmyślać nad życiem, obejrzeć je z całkiem innej perspektywy.

Jak już przy fazach jesteśmy to powiem, że jak ma się dobrych kumpli to można taką bekę targać, że tego sobie wyobrazić nie idzie (na trzeźwo). Śmiejemy się z tak mało śmiesznych rzeczy i każde gówno – dosłownie i w przenośni – daje tyle szczęścia… Moja pierwsza fazunia była w chu głęboka. Razem z kumplami spotkaliśmy się w gronie w jakim ciężko nam się było spotkać od dawna. Zawsze ktoś musiał się poświęcić bo praca źle komponowała się z wolnym. ALE UDAŁO SIĘ!! Także jako ‚rolnik’, na wspólne życzenie, wyruchałem trochę halucynków.

grzyby halucynogenne

grzyby halucynogenne

A zaczęło się tak…
– ‚Jasam’… Dalej, zawijamy do chłopaków.
– luzuj dupę, muszę ogarnąć ile tego ścierwa trzeba wjebać
– no to ruszaj pizdę

… Tu zaczął się problem… Jak niektórzy wiedzą – jest wiele gatunków grzybów halucynogennych… Jedne kopią bardziej, inne słabiej. Różnice robi jak długo rosły i gdzie rosły, czy były dobrze nawadniane czy już zaczęły się suszyć. Każda rzecz ma wpływ na ich moc… Także szperałem w necie… Jedna strona – musisz zjeść z 15-30 grzybków, inna strona – no minimum 200 grzybów by coś poczuć i tak mogę wymieniać i wymieniać. Jedni pisali o małej ilości, a inni o kilogramach. Także pojechaliśmy w sumie z niczym.
Pojechaliśmy moim autkiem. Wszystko fajnie, pogoda nie była zła. Dojechaliśmy. Było nas pięcioro. Czworo strasznie napalonych na pierwszą jazdę, a jeden ‚pilnujący’ (to, że najebany i zjarany – nie ważne).

alkohol

alkohol

Krótka rozmowa z ziomkami:
– mamy stuff… Problem tylko jeden maluśki – nie wiemy ile wziąć.
– ile tego masz?
Wyciągnąłem pakunek… Był wielkości małej paczki chipsów.
– tyle, nie wiem czy to dużo czy nie, różnie w necie piszą… Co robimy?
Chwila wspólnego namysłu…
– nie ma na co czekać – wpierdalajmy!

I tak się zaczęło… Pakunek z grzybami leciał w koło jak paczuszka z ciasteczkami. Każdy wziął główkę i nogę i podawał następnemu. Po czterech – sześciu kolejkach, stwierdziliśmy, że nie bierzemy więcej tylko czekamy, a jak nic nie będzie to weźmiemy więcej… Podczas żucia, padały różne teksty – smakują jak kapcie – raczej jak skarpety – one muszą tak jebać? – kurwa, można czymś to zapić? – zaraz puszcze bełta… My czekaliśmy na efekty a osoba pilnująca polewała sobie kolejnego kielicha.
W trakcie oczekiwania słuchaliśmy muzyki oraz przeglądaliśmy coś na kompie – komp był podłączony do tv, także wszyscy dobrze widzieli. Minęło może z pół godziny, pilnujący oraz Sierściuch  przeglądali allegro w poszukiwaniu mercedesów. Po chwili miałem problemy z czytaniem, tak jak i sierściuch. Litery zlewały się i ruszały, nie szło złapać ostrości, były za małe… Nie wiedzieliśmy czy to na pewno grzyby czy po prostu zmęczenie. Siedzieliśmy i czekaliśmy dalej. Pilnujący oglądał na google maps jakieś wioski, najbardziej wysunięte na północ, w których żyją ludzie. Zima… Ten obraz utkwił w mej głowie.
Po chwili zaczęło się… Sierściuch i ja zaczęliśmy czuć coś w nogach… Coś między mrowieniem, a tzw. ‚posiadaniem nóg z waty’. Bob i Frytka siedzieli cicho. Chłopakom nakręcił się temat… Zacząłem czuć mrowienie w dłoniach. Początkowo słuchałem o czym mówią. Czasem spoglądałem na zasłony. Ruszały się jak fale na jeziorze w piękny bezwietrzny dzień. Były powolne i delikatne oraz równomierne. Gdy odwróciłem od nich uwagę i po raz kolejny skupiałem się na rozmowie, fale ustawały. Wtedy właśnie postanowiłem odłączyć się od chłopaków i pójść dalej. Nie wiem ile minęło… Siedziałem tak wpatrzony w to co się dzieje. Jedyne czego chciałem to nie przeżycie wewnętrzne fazy lecz opisywanie jej. Starałem się układać zdania i zapisywać w głowie wszystko co się dzieje. Było to proste do czasu. Gdy faza bardziej się wkręciła, odleciałem. Nie mogłem już notować tego wszystkiego, było to za trudne, a poza tym przeszło na inny plan. Co jakiś czas słyszałem jak Bobi pyta mnie:
– Jasam… co jest? co widzisz?
– jest dobrze, nie wiem…

marihuana

marihuana

Za każdym razem tak się to kończyło. Latałem gdzieś z wyłączoną możliwością postrzegania, zgubiłem się i nie pamiętam gdzie. Po pewnym czasie zrobiło się chłodno, schowałem głowę do bluzy. I w tej bluzie się rozpoczęło na maxa. Latałem gdzieś w czarnej dupie. Nie zwracałem uwagi, czy po prostu nie czułem już obecności chłopaków. Co jakiś czas łapałem ogar, wychodziłem z bluzy i mówiłem do Bobiego – bo to on siedział najbliżej, zaraz za mną,
– Bobi… Jeść, pić…
– A co chcesz?
– Nie wiem…

I tak kilkanaście razy. Nie wiem czy robiłem to co 2 minuty czy pół godziny, czas zmienił się, zastygł, przyśpieszył – wszystko na raz. Czułem, że zostałem wessany w jego wir. Dla mnie minęło kilka godzin, a naprawdę kilka minut.
Po raz kolejny wyszedłem z bluzy, Frytka stał w kuchni, patrzył na nas i się uśmiechał. Był wyluzowany. YołYołowska bluza z kapturem, naciągniętym na głowę, luźne dresy. Rękę trzymał w kieszeni a drugą się ‚bawił’. Rozstawiał ciężar ciała z lewej nogi na prawą i znowu na lewą. Wyglądało to jak bardzo skromny taniec, możliwe, że robił to w rytm muzyki – ja niestety już tego nie pamiętam. Kilkukrotnie wyszedłem z bluzy i za każdym razem widziałem Frytkę w tym samym miejscu… Jak już mówiłem, czas stał się dziwny, nie wiem czy stał tam 5 minut czy godzinę, w każdym bądź razie rozjebał nas pewnym tekstem. Jakoś tak się złożyło, że wszyscy popatrzyliśmy na niego, on zastygł,jego taniec ciała lekko przystopował, spojrzał powoli na każdego z nas i zapytał…
– na chuj ja tu w ogóle stoję?

Niby ogarnął lutę zadając sobie takie pytanie, jednak stał tam dalej… Po kolejnej chwili ogarnął się i dotarł do tego co go tam ruszyło – miał zrobić herbatę! Także jak już tam stal zrobił 3 herbaty. Ja poprosiłem po raz kolejny ‚o coś’. Dostałem wodę. Zwykła kranówa, ale znacząco poprawiła mi humor. Niestety… Chcąc się napić natrafiłem na mały problem… Brak czucia w ustach? WTF? No właśnie, nie czułem ust. Nie funkcjonowałem na tyle dobrze, żeby widzieć i normalnie napić się. Także wsadziłem dwa palce do szklanki. Czułem jak bardzo są zamoczone. Przyłożyłem ją do ust i zacząłem przechylać, ciągle kontrolując poziom wody i przechylenie. NARESZCIE! Po takiej saharze, dostałem kroplę wody. Jak deszcz na pustyni. Czułem się cudnie. Oparłem się i zamknąłem oczy, ciągle trzymając w dłoni szklankę i zamoczone w niej palce. Usłyszałem jak Frytka mówi do Bobiego:
– tej… Zabierz mu tę szklankę…
– po co?
– bo niby jest tak, że jak się śpi i ma rękę w wodzie to można się zlać…

faza po grzybach

faza po grzybach

Bobi zabrał mi szklankę. Byłem zbyt nieogarnięty by zaprotestować. Leżałem, byłem jak nieprzytomny, jednak ciągle zachowywałem niewielkie połączenie ze światem. Schowałem się ponownie do bluzy… Po raz kolejny niewiadoma ilość czasu przeleciała jak słońce przez horyzont. Chłopaki dali mi danonki. Superancko! Od razu chwyciłem je do ręki. Nie myślałem racjonalnie. Jak najszybciej chciałem je zjeść. Nigdzie nie było łyżeczki, a czekanie na nią pewnie zmieściło by się w kilku godzinach. Rozpocząłem konsumpcję…  …ręką. Zjadłem trochę, słyszałem tylko jak chłopaki się ze mnie śmieją, no cóż, jebać, byłem głodny. Po posiłku odleciałem na kolejne x czasu. Przez głowę przelatywało mi milion myśli, a zarazem było pusto jak na leśnej drodze o 3 rano. Myślałem o życiu i tym, co czyni mnie szczęśliwym. Myślałem o przyjaciołach i rodzinie, o  tym co robię źle i dobrze.
Poczułem się dziwnie, wzięło mi się na wymioty. Usiadłem… Spojrzałem na nich i powiedziałem:
– Chłopaki… Odchodzę… – w głowie miałem myśli, że odlatuję z tego świata i nigdy już nie wrócę.
– Gdzie odchodzisz? Nigdzie nie odchodź!
– nie wiem…?

Posiedziałem tak chwilę w ciszy. Nagle wstałem i wyszedłem. Chłopaki mówili bym nigdzie nie odchodził. Po chwili jednak dołączyli do mnie i mimo, że kibel był wolny każdy w innym miejscu przed domem zaczął lać. Świat dla mnie nie istniał.  Było ciemno. Jedyne co widziałem to dom, ogród i żywopłot oddzielający nas od ciemności. Nic za nim się nie prezentowało, czarność… Plułem i plułem, niby czekałem na bełta, ale po każdym plujnięciu przechodziło. Wszedłem do środka. Było mi strasznie zimno. Znowu zaczęło mi się chcieć rzygać. Stanąłem koło śmietnika. Chłopaki nalegali bym poszedł do kibla, plujnąłem jednak do kosza na śmieci i mi przeszło… Usiadłem, dziwnie się czułem… W pokoju była ‚szafa’, a w niej łóżko, położyłem się tam. Leżąc po raz kolejny mój łeb nawiedziło milion myśli. Faza przeszła na kolejny etap…
Leżałem, początkowo słyszałem jak chłopaki coś mówią – nie wiedziałem co, ale odpowiadałem co jakiś czas – twoja stara, albo – zamknij mordę.
Zacząłem znów marznąć. W głowie odpalił mi się film – jesteśmy w wiosce, w której jest zima… To ta jebana wioska z google maps – wtedy tego nie wiedziałem. Czułem, że jesteśmy daleko od cywilizacji, nie mogłem nic zrobić, wszyscy umrzemy. Bobi zwrócił się do kogoś – daj ognia bo faje chcę zapalić… Trafił we mnie! Nie zamarzniemy… Spalimy się! W mojej głowie myślałem, że wszyscy są tacy wyruchani jak ja, leżą i nie wiedzą co się dzieje… Zapali papierosa, Bobi będzie leżał, a on spadnie gdzieś i się spalimy żywcem. Szybkie myśli jakby poinformować rodzinę o tym co się dzieje, oddanie swoich rzeczy, prośbę o zamknięcie spraw i pożegnanie się. Nie wiedziałem co robić… Ale leżałem dalej, chłopaki mnie chyba przykryli, ponieważ zrobiło się cieplej…
Jeszcze przez jakiś czas leżałem, ale czułem, że zaczynam coś ogarniać, ruszałem rekami, dźwięki wracały do normalnej postaci, wyszedłem z ‚szafy’, wszyscy byli ogarnięci. Pilnujący zaproponował mi kielicha, odmówiłem.
Razem z Sierściuchem, który wyglądał dobrze i już dawno się ogarnął, pożegnaliśmy się z chłopakami i pojechaliśmy, on był kierowcą. Dzieło się wiele, w każdym z nas, ale pożegnaliśmy się jak gdyby nic się nie stało. Jadąc wszystko było takie dziwne, kolory, kształty. Gdy byliśmy w domu poszedłem do łazienki – moje oczy jak ogromne czarne kleksy na białych piłeczkach pingpongowych. Ręce dalej były oblezione przez ruszające się wzorki oraz rosły i kurczyły się w tym samym czasie… Poszedłem spać.

Z tego spotkania pozostało kilka zdjęć i krótki film. Pozostawił on również wiele wspomnień. Mimo tej chwili, gdzie obawiałem się końca, cała faza była zajebista, spotkanie było zajebiste i ekipa była zajebista, Każda kolejna faza jaką przezywałem zawierała wzmiankę o tej pierwszej. Wspominam to często. Piękne chwile :) Kolejnego dnia zobaczyłem swoją bluzę – od góry do dołu ujebana danonkami. Heh. Nie da się niestety tego od tak opisać. Nie jeden próbował. Podczas fazy ma się wrażenie, że wiesz co i jak opisać, zasób słów jest duży i wiesz jak to wszystko sklecić. Po fazie niestety jest tak, jakbyś zapomniał jak to wyglądało, jakby dzielił Cię szmat czasu od tych wydarzeń i częściowo się one zatarły. Próbując jednak zapisać to wszystko podczas fazy, zdania są nieskładniowe, wydaje Ci się, że wiesz co piszesz i mimo braku słow na całe te zamieszanie, dokładnie umieszczasz sytuacje w zdaniach. Jak się jednak myliłeś, dowiadujesz się po zejściu z fazy… Bezsensowne teksty i brak możliwości poprawy tych zdań na trzeźwo… Nie da się tego opisać…